- 14/05 – czyli trochę zaczęłam i popłakałam, bo w ogóle nie szło
Leci, nic się nie zatrzymało. Wręcz przeciwnie, pędzi jakby na końcu miało czekać coś wielkiego. A ja płynę, bo tysiąc razy myślałam o czym napisać, mocno wytężałam wzrok, a potem zasypiałam i zapominałam. Pod prysznicem nuciłam wersy ulubionych piosenek i tańczyłam ze szczoteczką do zębów – woda dodawała weny. Czułam, że nie mam nic ważnego do powiedzenia, z braku laku przestałam nawet pisać w bordowym notatniku, bo bałam się długich przestojów i tego, że brak ciągłości równa się niedbałości o pamięć. Chciałam pamiętać i czułam wstyd, że to zaniedbałam. Wklejałam naklejki, na rantach malowałam kwiatki, notes zabierałam zawsze ze sobą, czekał nieczęsto otwierany. W środku kolejne pocztówki i kartki z muzeów.
Przeczytałam kilka książek, mniej niż podpowiada mi aplikacja śledząca liczbę lektur w roku, kolejne głupie wyzwanie. Chciałabym mieć je gdzieś, czytać spokojnie i bez pośpiechu, umieć bez żalu odłożyć książkę, która mi nie leży (35 złotych sztuka, trochę szkoda). Leżę na kanapie i czytam tekst na kolejne zajęcia, myślę, że następnego dnia większości zapomnę, tygodniowo ponad setka stron. Plus te książki, podcasty, internet, bookbeat. Zainstalowałam z myślą, że jeszcze więcej czasu przeznaczę na słuchanie, aż mam tego dość. I po co to wszystko? Słowa, słowa, słowa, podkreślone, skreślone, ze znakiem zapytania.
Nadmiar przeżyć do opisania, normalna ilość do przeżycia. Ciągle w rozjazdach, głupio narzekać. Co za dużo to nie zdrowo, nie zapominajmy.
12/08 i 13/08 – jadę pociągiem nocnym, znów w ruchu
Leci, nic się nie zatrzymało. Wręcz przeciwnie, pociąg dynamicznym ruchem przesuwa się od punktu do punktu po mapie. Lublin, Warszawa, Poznań, Świnoujście – piszę na zaś, bo znam rozkład jazdy pędzącej machiny i moich najbliższych godzin. W kinie w Lublinie, kochaj mnie. Miłość? Czuję do wielu, niekoniecznie romantycznie, na sznureczku mam też rodzinne paciorki. Zupę jem za mamę, tatę, babcię i dziadzia. Smaczna, życiowa. W pociągu ktoś wyciąga bimber w małpce po taniej wódce smakowej – delikatniutki, jak marzenie. Dziadzio pije, nie sposób przecież odmówić współpasażerowi, moja kuzynka odwraca wzrok. Mężczyzna nazywa ją śliczną księżniczką, trochę dla niego za młodą, bo on to taki stary dziad, mimo to ciągle mówi. Dla babci wszystko w normie, nie widzi naszych przewracających się oczu, złamania granicy między miłym komplementem a niesmakiem.
Spędziliśmy kilka dni na Lubelszczyźnie, brzmi godnie, jak teren z konkretnym bagażem skojarzeń. Żyzne pola, długie łąki i wsie przeplatające stare chałupy i nowe domy miejskich uciekinierów, którzy codziennie dojeżdżają do pracy szybką autostradą. Korki, zwężenia i lubelskie tablice rejestracyjne. W pogoni za wsią i jej przeszłością udaliśmy się do Ewopola, pole Ewy, o której już nikt, nic, dawno, nieprawda? Kilkanaście domów ustawionych rządkiem po obu stronach ulicy, była wieś i nie ma. Dom dziadzia, pradziadków jest żółty, przed nim stoi dorodna lipka, pod którą kiedyś toczyło się całe życie towarzyskie. Śniadanie pod lipką, kawa pod lipką, rozmowy pod lipką. Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Z dzieciństwa pamiętam dom prababci jako miejsce przygody, trwania w zupełnie innej przestrzeni – o zapachu starości. Dwie izby, w jednej kuchnia, w drugiej łóżka i duża szafa, na jej ostatniej półce stosiki starych dokumentów i zdjęć. Na wejściu do domu i przy kuchence żółte, obklejone martwymi owadami lepy na muchy. Zobaczywszy jeden taki artefakt nadal zwisający obok okna (albo nowy? choć wykręcony jakby mógł mieć z dwadzieścia lat), wróciły wspomnienia z wyjazdów. Z mojej pierwszej nocy przespanej w namiocie tuż przy domku. Tam z tatą przeżyliśmy burzę, pioruny odznaczały się za czerwonym materiałem namiotu. Ziemiankę, w której babcia trzymała kiszone ogórki w ogromnych plastikowych butlach – wszyscy ten podziemny pokoik nazywali lochem. Dziś w środku pustka, plastikowe opakowania, pajęczyny, ciemność. Co jeszcze?
Pod lipką z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły / Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły. Słodki zapach – o nim opowiadał dziadzio po drugiej stronie chaty. Tam kiedyś zamiast rozsianej trawy był uporządkowany ogródek. Na nim bzy i morze kwiatów, wspominanych z uśmiechem na ustach. Po otwarciu okna zapach wpadał do izby i oznaczał nowy dzień. Pańskiego stołu nie było, powojenna bieda oznaczała ubogie jedzenie i dużo pracy. Lebioda – nowe słowo, podobno zbliżona w smaku do szpinaku. Ziemniaki z tłuszczem. Jagody z mlekiem z kanki. Chleb pieczony co dwa tygodnie, nic do wyrzucenia. Piołun – gorzki aż brak słów, wymieniali się wiedzą dziadzio z babcią.
Siedziałyśmy na rozkładanych fotelach z kolorowych materiałów i przeglądałyśmy stos dokumentów, najstarszych sięgających lat pięćdziesiątych. Głównie książeczki z ubezpieczeniami, świadectwa szkolne, ale też wyjątkowe gratulacje i jednoczesne podziękowania dla obywateli, którzy należycie wychowali swojego syna, który to pełni służbę wojskową w Polskiej Marynarce Wojennej. Dla pradziadków, o dziadku, dla obywateli o obywatelu. Na stoliku leżały też butelki otwartego piwa, na które w tak upalny dzień łatwo było mieć ochotę. Piwo – pamiętam jego obecność podczas naszych przyjazdów tutaj, gdy byłam dzieckiem. Pite podczas hucznych ognisk, gdy śpiewano piosenki, rozmawiano, tętniło życie i iskry tańczące wokół ognia. Dziś pijąc zimny napój na tej samej ziemi, wracam jakby do tamtego czasu, choć starsza i już w pełni uprawniona do tego, wtedy niesmacznie pachnącego, trunku.
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie / Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają. Za drzewem kiedyś ciągnął się pas upraw – pamiętam marchewki, dziś jeden schorowany krzaczek stoi przy płocie i rodzi ostatnie czerwone porzeczki na działce. Dziewczyny po zerwaniu wrzuciły je do papierowej torebki, zjedliśmy wieczorem już w Lublinie.
Gdy dziadzio opowiada o przeszłości szklą mu się oczy. Może trochę ukrywa, może trochę nie da się ukryć? Może tutaj patrzy na swoje życie oczami wielu osób, którymi stawał się, gdy wracał do swojej wsi? Od chłopca siedzącego przy lampie naftowej, po ucznia chodzącego na pociąg do pobliskich Trawnik, młodego dorosłego wyjeżdżającego na drugi koniec Polski do wojska? Co czuł, gdy pierwszy raz przyjechał tu ze swoją narzeczoną, czyli babcią? Jak te same oczy widziały rzeczywistość, gdy całą noc jechał tu ze swoimi małymi dziećmi, a jak dziś, gdy zabrał tu swoje wnuczki? Człowiek opleciony wstęgą wspomnień i spojrzeń rzucanych na ten sam skrawek ziemi przez ponad 80 lat.
Mamy jechać pociągiem prawie pół doby, w wagonie twarde łóżka i dosięgający uszu stukot kół. Ktoś zaczepia walizką o drzwi naszego przedziału, wyrywa mnie z płytkiego snu. Śniłam, że na zakręcie maszyna zaczyna się chybotać, a na koniec dramatycznie wypada z torów. Ale leci, nic się nie stało. Wręcz przeciwnie, pędzi jakby na końcu miało czekać coś wielkiego. Coś jednak czeka, nie pompatyczna, raczej mało błyszcząca, choć przyciągająca masa wspomnień. Zebrane z kilku dni, ich stawką była pamięć o przeszłości i życiu w zupełnie innych warunkach i możliwościach. Kilka lekcji o tym, że pamięć o poprzednich pokoleniach pokazuje w zniekształconym lustrze nas samych, a siedzenie pod lipką powinno się praktykować częściej. Jako sposób na wewnętrzny spokój i upór w życiu, niekoniecznie skrojonym wyłącznie pod wygodę i na pokaz.