alukes
Opublikowane przez ms

Że zobaczyła człowieka w biegówkach w samym centrum Warszawy. Biegał, szedł, sunął – poruszał się w pierwszych dniach widocznej zimy, gdy zapał do zimna nie zdążył jeszcze ochłonąć. Rozbawiło mnie to, bo kto w takim miejscu pchałby się na nartach, co gorsza wśród ciągłej plejady klaksonów i przynajmniej beznadziejnej jakości powietrza? Pojechał mimo to, przeszłam z tym do porządku dziennego.

Że w jej pracy warunki są słodko-kwaśne, bardziej kwaśne niż słodkie. Czas na zmiany i zwolnienia, nowe etapy w nowych firmach, które z wyboru powtórzą cały cykl januszowych wyzysków pod płaszyczkiem takirynekwolnyrynektakbycmusi. Ciekawe ile panów w wełnianych płaszczach i pań z ekofutrem wie, że ich fair trade kawa stoi na podwalinach wyzysku pod ładnym szyldem? Przeszkadza, to niech się zwolnią, to przecież robią.

Że każde zło tego świata naprawi gorąca czekolada pita podczas spaceru, przed którym chwilę wcześniej spadł świeży śnieg? A na nowiutkich, równiutkich zaspach odbijają się kroki wybijane przez ciemne buty poplamione solą i obklejone piaskiem? Czekolada naprawia wszystko, jak lek na całe zło – oprócz tego prawdziwego.

Że Andy Warhol był Łemkiem, a to już wystarczy jako ciekawostka i fakt sam w sobie.

Że da się biegać w -7 stopniach i nadal chcieć to robić, mimo że najchętniej wróciłoby się do ciepłego wnętrza domu jeszcze przed startem. I to całe bieganie przynosi korzyści, endorfiny, radość i inne banały, a najgorsze, że miała rację, nawet jeśli biega się w śniegu.

Że praca grupowa może nie być taką udręką jak w liceum – robisz wszystko sama, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie. Albo jesteś typem, co nie robi i liczysz, że jednak wyjdzie. Okazało się, że z dobrymi ludźmi to przyjemność (współ)tworzenia i zabawy tematem. Można spotykać się na kawę, jeść ptasie mleczko i myśleć, a to myślenie nie rozwala głowy.

Że niektórzy ludzie lubią piec i jeść, i pięścią ugniatać ciasto na kolejny dobry poranek. Drożdże rosną w cieple, ludzie rosną w cieple. Te pierwsze pełne kruszonki i cukru, glutenu, tego wszystkiego, co za dużo to niezdrowo, ale zimą w sam raz. My za to trochę więksi i bardziej do przytulania, bo na co innego znaleźć siłę w morzu ciemności? Więc się leżakuje bez słońca, ale przy piekarniku z widokiem i zapachem świeżej chałki. Jak ze sklepu.

Że w nocy ktoś zmarł z wychłodzenia na Krakowskim, bo dawno nie było takiej zimy i miasta oferują osobom w kryzysie bezdomności miejsca na ogrzanie, ale nie każdy do nich trafi. I że, zamarzła Wełtawa – jak przestać karmić lęk, że przecież może pęknąć i w wiadomościach będą kolejne śmierci, śmierci, śmierci? A co z tym panem, który uratował dzieci biegające po lodzie na Kanale Bydgoskim? Ukrainiec – jego w wiadomościach brak, brak, brak.

Że Prus napisał Lalkę i naprawdę warto ją jeszcze raz poznać. Zrozumieć, że w szkole trzeba było coś zrobić, a teraz można i to jest właśnie kluczowa różnica w drodze do powodzenia. Mózg nie odsuwa obowiązku, chyba przyciąga chęci. Można dziwić się zachowaniem Wokulskiego (kupca galanteryjnego) i denerwować Łęcką (rymuj bulwą), chodząc po ulicach,, gdzie jeszcze niedawno stał plan filmowy do lalkowej ekranizacji.

Że można pójść samemu do muzeum. Można pójść ze znajomymi. Oglądać obrazy, spacerować między czystym przeżyciem estetycznym, którego potrzebowało się w ucieczce od szarości krajobrazu za oknem. Na płótnie jakieś drzewka, kwiatki, trochę arkadyjskich mórz i kolorowych miast. Taka Hiszpania czy Włochy – od razu można sprawdzić loty. A potem zostać w domu i dalej robić swoje.

Że szła za rękę ze swoim chłopakiem późną porą po Parku Krasińskich i w dziwny sposób towarzyszył jej rozlany po całym ciele spokój. W ciemności i ciszy, siarczyście mroźne powietrze taranowało płuca, a oni w biegu rzucali się śnieżkami. Jak dzieci, tylko krócej, bo bez szczypty fantazji szybciej czuć chłód przez przemoknięte rękawiczki. Ręce do kieszeni, koniec tych kadrów jak z reklamy apartu.

Że w zimie stulecia to były temperatury poniżej 30 stopni i wtedy dopiero popalał ziąb. W górach buki pękały, a ludzie lodowymi korytarzami szli od bloku do bloku. Z pociągów wychodziło się odśnieżyć drogę, chodniki z własnej inicjatywy się zmiatało. Niby zimniej, a po ludzku cieplej było, nie to, co teraz. Dzisiaj to nic i, że bez sensu alarmują o wielkiej zimie, skoro nawet nie jest średnia.

Albo się przesłyszałam, coś pokręciłam. Pod czapką i kapturem słychać niewiele, głównie własne myśli.

Poprzedni Post